Huśtawka

Dodano 7 września 2012, w Bez kategorii, przez agnieszek

Kochani :)
Huśtawka jest już do kupienia na Allegro.
Wszystkich którzy życzą sobie spersonalizowanej dedykacji proszę o info przy zamówieniu ;) Osobom z Krakowa po wcześniejszym umówieniu mogę dostarczyć książkę do rąk własnych.

ZAPRASZAM!:)


PONOWNA AUKCJA!:)

Otagowane:  

Pożegnanie

Dodano 13 grudnia 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

Mili moi!

Dziesięć lat i jeden miesiąc to dobry czas :)

Dobry, by poogarniać kąty, zamieść wirtualny dywan i domknąć za sobą drzwi.

Przez ponad dekadę Blogstudnia solidnie się zasłużyła – robiąc za domową kronikę, terapeutnik oraz salon gościnny dla przyjaznych dusz. Serio – dziesięć lat gryzmolenia tutaj i ani jednego komciowego trolla – to się nazywa fart!:D

Jeśli zdecyduję się na nowe miejsce to jednak już tylko na kluczyk.
Mała już dawno nie jest mała, nie o wszystkim przyzwala mi pisać.
Czas uszanować jej prośbę, uszczelnić kotarę prywatności.

Tych którzy chcieliby wrócić do blogowych początków tej historii, poczytać w wersji analogowej o naszym życiu z autyzmem w tle, zapraszam na HUŚTAWKĘ :)

Zapowiedź książki

Na razie to tylko zwiastun, ale już za kilkanaście dni książka będzie dostępna w sklepach. Można ją będzie zamówić bezpośrednio na stronie wydawnictwa, kupić w kilkudziesięciu księgarniach na terenie całego kraju oraz na aukcji charytatywnej na Allegro – dam znać w tej notce kiedy się pojawi.

Całkowity dochód z egzemplarzy sprzedanych na aukcji zostanie przeznaczony na leczenie i terapię Justynki. Dla chętnych z dedykacją i autggrafem Małej w pakiecie :D

Tak, że ten tego…No :)

Nie znikam całkiem, na pewno będę się szwędać po blogowisku – siła nałogu jest wielka ;)
Do zobaczyska kochani.

 

Otagowane:  

Grudzień.

Dodano 8 grudnia 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

W temacie szkolnym chwilowa hibernacja.

Czekamy na rozwój wydarzeń acz pewne kroki poczyniliśmy.

Cała ta sytuacja zjadła mi wagon zdrowia i nerwów, a ta reszta która mi została ledwo starcza na ogarnięcie codzienności.

Mój R. niestety co rusz sypie się zdrowotnie z którejś strony co mnie bardzo martwi.

Justyśka tradycyjnie w jesienno/zimowym regresie emocjonalnym, acz bywało gorzej więc tylko rejestruję ten fakt w świadomości, nie narzekam.

 
Przeczekuję, staram się nie dać zjeść do końca chronicznemu stresowi a w nielicznych wolnych chwilach czytam -aktualnie dzięki ulubionej sąsiadcePodręcznik złej matki  :))

Doskonała rozrywka, choć nie doczytania w miejscach publicznych – wczoraj w tramwaju nagłym niepowstrzymanych chichotem wystraszyłam drzemiącą naprzeciwko mnie staruszkę ;D

Otagowane:  

Ech…

Dodano 26 listopada 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

Nie chce mi się pisać. 

Nie mam siły tworzyć kolejne notki w temacie około szkolnego bagna w klasie Jeremiasza a o niczym innym w tej chwili pewnie bym nie potrafiła. Dopóki sprawy się nie wyprostują -a zaczynają się powoli ocierać o szczebel kuratoryjny, nie umiem skierować swych myśli i emocji na nic innego. Przeraża mnie, ze muszę narażać moje dziecko na zderzenie z przemocą – fizyczną i werbalną, na kontakt z socjopatią w czystym wydaniu bo inaczej już tego nazwać nie potrafię.

Oczywiście, wyjście w postaci zmiany szkoły istnieje zawsze ale w praktyce nie jest to ani łatwe ani proste.

Tyle, bo cokolwiek więcej napiszę będzie tylko niepotrzebnym nakręcaniem się po raz kolejny a ani mi to nie pomaga ani ulgi nie przynosi:/

 

Otagowane:  

Dawno

Dodano 22 listopada 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

nas nic nie sponiewierało, co?

No, to właśnie od tygodnia nadrabiamy zaległości:/

 
Zaczął Mały, banalnym przeziębieniem, bez gorączki na szczęście. Ale kiedy wszystko zmierzało ku dobremu okazało się, ze nie wiedzieć skąd (jedyny trop – wizyta kontrolna przychodni)  Jerry załapał się na paskudnego wirusa żołądkowego -noc z czwartku na piątek spędziliśmy na odmierzaniu czasu regularnymi co  półgodzinnymi  sesjami haftowania z rozrzutem:/ Nad ranem kiedy byłam już wałściwie  zdecydowana na szpital –  nie utrzymywały mu się w brzuchu się nawet dwie łyżeczki płynu Mały zasnął i przespał dwie godziny ciurkiem, bez torsji. potem było już tylko lepiej. 

Niestety po dobowej przerwie pałeczkę przejęła Justyna więc noc z soboty na niedzielę miała wszystkie znamiona dejavu.

Dziś na ból brzucha umieram ja – co prawda nie poniewiera mnie aż tak jak ich oboje ale  chwilowo skurcze żołądka pozbawiły mnie snu więc tłukę się jak nocny marek po sieci znieczulając się czytaniem cudzych blogów;)

I tylko mój R. się wyłamał i zamiast wirusa żołądkowego wylosował tradycyjną infekcję, z bólem gardła i temperaturą dochodzącą do 39 stopni C.

Dzisiaj Mały jako najzdrowszy  w rodzinie robił wieczorem za serwis kolacyjno herbatkowy, donosił z kuchni płyny oraz tabletki na zbicie gorączki.

 
W zamian za to  pomiędzy jedną falą mdłości a drugą pojękując na łożu boleści z asekuracyjną miedniczką w objęciach,  pomagałam dziecku przy zadaniu z religii które brzmiało: „napisz reporterską relację Izaaka z wydarzeń na górze Moria” 

Dziecko starsze w tym czasie zawodziło z łóżka w swoim pokoju: „nie chcę, żeeebyś umierałaaa”,  mój R. w upiornym ataku kaszlu starał się nie wypluć płuc. Mały niezrażony warunkami pisał -ciekawe jaka jutro dostaniemy ocenę za dzieło wyprodukowane w takich  oryginalnych warunkach ;p

 
Czasami mam wrażenie, że opary absurdu w naszym domu nie opadają ani na chwilę ;D  

 

Otagowane:  

Świeżo odkryta,

Dodano 18 listopada 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

bardzo ważna dla mnie strona.

INACZEJ MÓWIĄC  – wejdźcie, przeczytajcie. Koniecznie!

Chyba pierwszy raz w historii tego bloga – nakazuję!;)

Ale na prawdę warto, moim skromnym zdaniem. 

 Z naszego podwórka – świetny, merytoryczny wywiad z Joanną Grochowską, oraz podobnie wyczerpująca temat, rozmowa z Dr. Tomaszem Srebnickim.

Ale pozostałe – równie wartościowe. 

Otagowane:  

Kochani! :)

Dodano 16 listopada 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

Wczoraj na subkonto Justynki spłynęły wpłaty z tytułu jednego procenta.

Kolejny rok przekonuję się, że mam wokół siebie ludzi którym nieobojętny jest los Małej i którzy chcieli podzielić się z nią tym co mają.

W sumie wpłynęły kwoty  aż od 165 osób!

Poniżej wpisu, lista US z których pochodzą wpłaty. 

Rozrzut jest po całej Polsce, a przy założeniu, że w 95% to nie rodzina, a o subkoncie Justynki wie raptem kilka zaprzyjaźnionych osób, nie mogę mieć innego przekonania jak to, że jest to zasługa czytelników tego miejsca :) 

Gorąco, z całego serca dziękuję, w imieniu Justyny i naszym.

Każda najmniejsza nawet wpłata zostanie wykorzystana z pożytkiem dla Małej. Dzięki temu subkontu będziemy mogli opłacać wszystkie zajęcia terapeutyczne z jakich Justynka korzysta, duża część na pewno zostanie przeznaczona na letni turnus rehabilitacyjny.

Dla wszystkich darczyńców -promienny uśmiech Małej :)

US Kraków Prądnik -kilkadziesiąt wpłat

US Kraków Podgórze – osiem wpłat

US Kraków Śródmieście -dziesięć wpłat

US Stare Miasto -pięć wpłat

US Kraków Krowodrza -trzy wpłaty

US Kraków N. Huta – dziewięć wpłat

II US Kraków -siedem wpłat

 
Pierwszy US w Kielcach -dwie wpłaty 

US w Wieliczce – 6 wpłat

US w Dąbrowie Górniczej

US w Gliwicach

US w Wadowicach

US Kędzierzyn Koźle 

US w Rudzie Śląskiej

US w Cieszynie

US w Zwoleniu

US Zambrów

US Tomaszów  Lubelski

US Grodzisk Mazowiecki

US Myślenice – cztery wpłaty

US Leżajsk

US Szczecin

US Lublin

US Staszów

US Wołomin, dwie wpłaty

US Białystok

US Wrocław Krzyki

US Tarnobrzeg, dwie wpłaty

US Bochnia

USTarnów -cztery wpłaty

US Chrzanów

i na koniec, hit tej listy – dwadzieścia dwie wpłaty z US Włoszczowa!!:)

Nie mamy tam żadnej rodziny więc nie mam pojęcia jakie to dobre dusze za tym stoją, ale z całego serca wszystkim  dziękujemy! :) 

 

 

 

 

 

 

 

 

Otagowane:  

Jestem,

Dodano 13 listopada 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

wróciłam, przeżyłam ;D

Dziś tylko telegraficzny skrót bo padam na twarz. 

Wrażeń moc, głowa jak zwykle u mnie nabita przemyśleniami.

Jak to mówią podróże kształcą – wiecie ILE można się dowiedzieć wyjeżdżając na takie ministranckie zgrupowanie??;P

Np. co to jest HARDBASS.

I zobaczyć go na własne oczy:DD

I jeszcze mała poprawka -chłopaków było nie dwudziestu ale czterdziestu trzech. Nie wiem czy znając faktyczny stan liczebny jechałabym tam tak śmiało ;D

Domownicy w Krakowie przeżyli bez szwanku a nawet powiedziałabym w dużo lepszej kondycji psychicznej niż ja na wyjeździe.

Justynka „egzamin” z próby rozłąkowej zdała na pięć z plusem, mój R również nie zawiódł na żadnym polu :)

Tak na prawdę to ja miałam największy stres, oglądając na wyjeździe na mojego syna w przeróżnych społecznych relacjach.

I są dwa wyjścia – albo na prawdę nie umiem złapać dystansu i to wszystko co obserwuję jest szeroko pojętą normą, albo my wszyscy czworo, rodzinnie jesteśmy jacyś Inni i wyALIENowani:| 

Owszem w jakimś sensie na pewno odpoczełam -choćby od Justyśkowych różnych fiksacji. W nogach czuję miłe zakwasy po górskch spacerach – w tym do jedynego schroniska w Tatrach do którego nie zdarzyło mi się nigdy dotrzeć, na Kondratowej. Napasłam oczy widokami, odespałam, zaliczyłam krótki odwyk od netu ;) 

Jednak matczyne serce boli jak cholera gdy.

Trudno być matką impulsywnego nadwrażliwca, ech…

I na razie więcej nie napiszę, muszę przetrawić. 

 

Ale wiecie co jeszcze??

Niecałą godzinę temu, mojemu blogaskowi stuknęło równo dziesięć lat :))  

serio, serio:D

Gdy zaczynałam, Jerry miał osiem miesięcy i zero powodów do smutku, a Mała powoli, powoli zaczynała gadać z nami po człowieczemu. 

Miałam taki plan, by dziesięciolecie było za razem domknięciem drzwi, zakończeniem blogopisania.

Jednak z przyczyn różnych impreza pożegnalna na małą chwilę została odłożona.

Ale na niedługą.

Tak czy siak, jestem z siebie dumna bo w niczym innym – po za ślubnym związkiem, nie udało mi się wytrwać tak długo ;))

I tym optymistycznym akcentem…

 

 

Otagowane:  

Targi

Dodano 10 listopada 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

przeminęły jak sen złoty, pozostawiając moc fajnych wspomnień i mały stosik książek. Co najlepsze -w większości wygranych w różnych konkursach niż kupionych ;) A jako, ze dzieci moje cieszą się praktycznie z każdego nowego egzemplarza radość była tym większa. 

Oprócz tego każde z nich zainwestowało odłożone tygodniówki na wcześniej upatrzone pozycje więc po czterech dniach targów łupy były obfite ;) Jerry nabył dzieło pt. „Smokologia. Encyklopedia smoków” – książka plus 12 modeli smoków do złożenia w pakiecie, a w konkursie stoiska Czas Dzieci wygrał równie potężnych gabarytów „Leksykon Skrzatów” Wracaliśmy zletka przygięci ciężarem lektury ;))

Justyśka jak zaplanowała – tak dopadła Grzegorza Kasdepke, zdobyła autograf a nawet ucięła sobie krótką pogawędkę co wprawiło ją nastrój iście euforyczny ;D 

Rekord pobiliśmy w niedzielę spędzając na targach nie całe pięć godzin! młodzież mi dorośleje i kondycyjnie się wyrabia ;) Mały większość czasu spędzał przy wszelkich stoiskach z gram planszowymi i logicznymi a my z Małą kursowałyśmy po okolicy, w chwilach kryzysu udając się do mojego R. który tym razem na targach przebywał służbowo.  Zalogowany na stałe w Salonie Nowych Mediów przy stoisku z czytnikami książek, przejmował raz na czas któreś z dzieciorków bym i ja mogła oddać się swobodnemu buszowaniu. Nieskromne się przyznam, że również zawalczyłam w jednym konkursie – na fraszkę/wiersz opisujący swój udział w targach i  tadaaam!! Zajęłam pierwsze miejce ;))

Nagrodą były oczywiście książki :D 

Z innych moich zdobyczy to np. zwariowany kalendarz z Kotem Simona na nadchodzący rok ;) 

To wszystko już jednak za nami, teraz, już za kilkanaście godzin kolejny event:o

A mianowicie, jutro po południu wybywam wraz z syniem  i gromadą jemu podobnych chłopaczków  na cztery dni do Zakopca :) 

Ekipa ministrancka plus kilka matek jako wsparcie do ogarnięcia tego wcale nie_świętego stadka udaje się na podbój tatrzańskich ścieżek ;)

Nie byłoby  w tym nic wielkiego, gdyby nie fakt, że jest to równoznaczne z rozstaniem z Justyną na te kilka dni. Po wakacyjnej wpadce kiedy podobny wyjazd nie doszedł do skutku, uwierzę, że to możliwe chyba dopiero gdy autobus ze mną w środku ruszy z osiedla… 

Justyśka zostaje z moim R.  i jestem pewna, ze logistycznie ogarną sytuację. Jak będzie natomiast z emocjami – czas pokaże. 

Kiedyś jednak trzeba było zrobić w końcu taką próbę. 

Proszę mi życzyć dobrego odpoczynku (ha, ha o ile to jest możliwe w towarzystwie dwudziestoosobowej bandy 10 – 13 latków ;pp) spokoju ducha i braku depresyjnych telefonów z Krk!

Relacja z wyjazdu zaraz m po powrocie :)

 

Otagowane:  

Już jutro

Dodano 2 listopada 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

ruszają krakowskie Targi:)

Ktoś się wybiera?? :)

Ja osobiście nie mogę się doczekać (jak bym miała co najmniej worek kasy do wydania, he he…)
i pewnie będę tam codziennie :) Na szczęście mamy z moim R. wejściówki na wszystkie dni, więc o tyle łatwiej, ale pewnie znów będę wychodzić z niedosytem!

 
Dzieciorki również ostrzą sobie zęby, Mała ma ambicję zdobyć autograf Maleszki, Jeremiasz pewnie znów przyrośnie do stoiska EGMONTU gdzie jest planowany pokaz gier planszowych. Mimo, że zakupowo wiele nie poszalejemy to i tak mam nadzieję, kilka fajnie spędzonych dni :) 

Otagowane:  

Tym razem

Dodano 30 października 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

nie podejmę się spisania wydarzeń minionego tygodnia bo zwyczajnie nie mam siły, choć było by co pisać -  jak zwykle u nas -zawsze „coś” się dzieje…

Jednak jedna refleksja – uparcie pcha mi się pod palce i woła o utrwalenie. Otóż ostatnio co raz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że wychowywanie zdrowego zwykłego, (w sensie  że Jerrego) dziecka jest dla mnie dużo większym poligonem niż przy Justynie.

Trochę pewnie dla tego, ze jednak u Małej kluczem do sukcesu jest zawsze jakiś algorytm, stałość, niezmienność. Posługując się sprawdzonymi schematami można osiągnąć na prawdę wiele, nie wykluczając wcale rozwojowego i wychowawczego progresu.  Bo Justyna w brew pozorom (i mitom na temat autyzmu!) jest na prawdę bardzo zgodnym i ustępliwym dzieckiem :)

Istotnym również czynnikiem były i są bardzo zawężone by nie powiedzieć śladowe  interakcje społeczne na poziomie rówieśniczym. Po za tym parasol ochronny rozpięty nad Młodą w podstawówce skutecznie izolował ją od niefajnych sytuacji z dzieciarami i konieczności odnalezienia się w takowych…

Natomiast Mały?

Eeech, to już zupełnie inna bajka. By nie powiedzieć horror/thiller, ew.  dramt społeczno obyczajowy:|

Już raz wylewałam tu frustracje wychowawcze po wakacyjnej wpadce z obozem.

Teraz sytuacja jest o tyle trudniejsza, że rozgrywa się na gruncie szkolnym i nie ma szans na szybkie zakończenie.

Dziecko moje mające sport zwany piłką kopaną głęboko w tyle, ma pecha być w klasie gdzie na dziewięciu chłopców sport ten uprawia (z zapałem!) siedmiu, a ósmy powoli też się do tego przekonuje. 

I nie jest t klasa sportowa bynajmniej.

Na starcie więc już jest podpadnięty, bo jak to – facet i nie lubi futbolu?? To musi, coś z nim nie teges.

Kolejny niewypał – słynna już u Młodego Prawość i Sprawiedliwość.

Nie_kłamanie, nie_ściąganie, nie operowanie bluzgiem, tudzież fakt zgarniania jak na razie samych dobrych ocen ustawia go z marszu w oczach piłkarzy na statusie nielubianego kujona. 

Z Młodego taki kujon jak ze mnie baletnica – lekcje odrabia dopiero po zastosowaniu wobec niego gróźb karalnych, wiecznie o czym zapomina i generalnie się nie przejmuje. Ale gdy okaże się że zapomniał o sprawdzianie z historii to jest w stanie nauczyć się do niego na przerwie i to nauczyć na piątkę. Broni się sprytem, refleksem i głową chłonną jak gąbka. 

W zamian za to słyszy, że jest głupkiem i kujonem.

I teraz pytam, co ja mam z tym zrobić??

Dziecka mi żal jak cholera, ale przecież nie powiem mu: ok. zacznij mówić: „wal się”, „debilu”, kłam prosto w oczy i bądź arogancki wobec nauczycieli to ci notowania w oczach chłopaków skoczą!”

Po raz kolejny wychodzi na to, że wychowałam dziecko nie przystosowane społecznie, za uczciwe i za „porządne” odstające od lokalnej średniej:/

Odrzucenie przez rówieśników boli i doprowadza Młodego do wycofywania się z wszelkich aktywności – ostatnio zrezygnował z konkursu plastycznego bo męska cześć klasy obśmiała jego zgłoszenie – „to przecież dobre dla bab!” Wystarczył fakt, że  z jego klasy zgłosiły się same dziewczyny i on jeden.

Takich przykładów jest pełno.

Najbardziej przeraził mnie jednak fakt, że na pogróżki „wtłuczenia po lekcjach” kierowane przez jednego z największych klasowych antagonistów  Mały zareagował tekstem (kiedy wyciągnęłam z niego całą historię) „wolę już mieć to za sobą” i strasznie się bronił przed jakąkolwiek moją interwencją. „Będę miał jeszcze bardziej przerąbane bo powiedzą że jestem kabel i maminsynek!!” 

No w mordę, to znaczy, że co, ze pat?? Że nic nie można?

Bo czy zrobię coś czy nic nie zrobię to i tak będzie dla niego źle?

Porozmawiałam oczywiście z wychowawczynią, obiecała przyjrzeć się bliżej klasowym układom ale żeby mnie to jakoś specjalnie uspokoiło to nie mogę powiedzieć:(

I to jest przypominam państwu, to jest dopiero czwarta klasa.

Mały który na gruncie domowym potrafi być pewny siebie, pyskaty i gdy chce postawić na swoim – upierdliwy jak mucha tse-tse w szkole chowa się jak ślimak w skorupie. Nie walczy o swoje, przejmuje się każdym chamskim tekstem i generalnie zaczyna wchodzić w rolę klasowego „chłopca do bicia”.

Serce mi się kroi, a bezsilność zaciska pięści. Przeniesienie do innej szkoły nie rozwiąże sprawy, tak przynajmniej myślę – na prywatną i elitarną mnie nie stać z resztą nikt nie obieca, ze w takiej będzie inaczej. Z resztą status Nowego w żadnej szkole i klasie nie jest za fajny.

Skupiamy się głównie na rozmowach z Jerrym, wzmacnianiu poczucia własnej wartości i nauce ignorowania agresorów.

Tylko na jak długo to starczy…

Jakieś rady??

Otagowane:  

No dobra,

Dodano 20 października 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

powiedzmy, ze teraz jest to „później” kiedy mam już wolną chwilę, tylko czy jest sens opisywać początek tygodnia kiedy już prawie widać jego koniec??

Najbardziej dał mi w kość poniedziałek. ilość spraw do obskoczenia była niewspółmiernie duża do godzin w dobie:o
Justyśka była jeszcze w domu, na okoliczność trenowania samoobsługi na nowej płaszczyźnie – od zeszłego piątku mam w domu pełnoprawną kobietę:)

Córka moja przyjęła (oczekiwaną przez nią bardzo!) nowinę całkowicie spokojnie jako oczywistą oczywistość – w odróżnieniu ode mnie ;) Bo ja głupia matka, najpierw się oczywiście zdenerwowałam a potem poryczałam. Potem wzruszyłam, choć to takie wzruszenie podszyte i lękiem i smutkiem…

Jedno dobre, że w kwestii samoobsługi widzę, że mogę być o nią zupełnie spokojna. Koniec dygresji ;) 

Tak więc, w poniedziałek początek dnia był jeszcze spokojny ale jak wystartowałam przed południem tak po koniec dna miałam zawroty głowy od nadmiaru wszystkiego.
Punkt pierwszy – pobrać Małego prosto ze szkoły i jak co poniedziałek dowieźć do poradni na zajęcia. Z drobną poprawką bo po drodze trzeba było wstąpić do innej poradni – tym razem Justyśkowej i odebrać od lekarki wypisane  skierowanie na MR. Stamtąd już tylko rzut beretem do punktu docelowego – pod wejściem do bramy wysadziłam z auta Jerrego i mojego R. który miał za zadanie dostarczyć dziecko do samego celu, a potem pojechać do pracy.  

Ja poprułam w tym czasie do pobliskiego szpitala Jana Pawła dostarczyć owo skierowanie i tym samym przyklepać ustalony wcześniej termin.
W połowie drogi dosięgnął mnie telefon od męża – nie ma pani prowadzącej zajęcia, przepraszają zapomnieli zadzwonić. We łbie gonitwa myśli – w mordę misia, co robić?? Zawracać? Jechać dalej??!

Stanęło na tym, ze mój R zabiera Małego ze sobą do BJ a ja dokończę dzieła. Tyle, ze w samochodzie ze mną został nie tylko tornister Jeremiasza ale i jego kurtka więc na skutki przemieszczania się w samej bluzie dresowej przy zaledwie kilku stopniach nie trzeba było długo czekać – Młody od wtorku usmarkany po kolana:/

Pod szpital wpadłam z piskiem opon ledwie dając szansę panu parkingowemu podnieść szlaban przy wjeździe ;) Na moje szczęście w miarę szybko odnalazłam stosowną rejestrację i odfajkowałam formalności. Z ty samym przyśpieszeniem ruszyłam odebrać dziecko ojcu z roboty bo czas nieubłaganie pędził a w domu czekała zostawiona (na własną błagalną prośbę) Justynka.

Kiedy dotarliśmy z powrotem na osiedle czasu miałam zaledwie tyle by nie ściągając butów wymienić dzieci, wydać Małemu dyspozycje co do obiadu i odrobienia lekcji i już trzeba było pędzić autem z Młodą do okulisty.
Znów cały Kraków do przejechania, (i parkowanie w miejscu cudem znalezionym i w sposób nie zgodny z prawami fizyki) potem ponad godzinna wizyta, z tylko z lekka zestresowaną (co się = mendzacą” na okrągło: „może jednak wracajmy???” ) Młodą.

Powrót przez coraz bardziej zakorkowany Kraków (dochodziła 17.00) sprawdzenie lekcji Jerrego, wyekspediowanie go na zbiórkę ministrantów.
Błogie 45 minut bez biegu, w sam raz by wypić zimną kawę, coś tam zjeść i przepakować plecak. Tuż przed szóstą zgarniałam już Małego spod kościoła i – rura przez całe miasto na próbę teatralną Kucyków.
W tym roku, po czterech latach obserwowania mój syn zechciał się namyślić i dołączyć do grupy występujących :) Jest to o tyle wygodne, ze i tak by raczej musiał z nami jeździć bo na cały wieczór (mój R. w poniedziałki w Jagiellonce do dwudziestej)samego w domu jednak bym go nie zostawiała. Zamiast więc siedzieć ze mną i czekać świetnie się bawi z resztą dzieci.

Jadąc na próbe byłam już na tyle zmęczona by owszem, zwolnić grzecznie gdy na sąsiednim pasie odkryłam radiowóz, ale już nie na tyle przytomna by zatrybić co oznacza ożywiona, skierowana w moim kierunku intensywna gestykulacja dwóch z rzędu mijających mnie kierowców. Prawie im chciałam odmachać :D Dopiero dojeżdżając na miejsce odkryłam, ze przejechałam pół miasta bez włączonych świateł, ups…

Potem już tylko półtorej godziny „odpoczynku” na twardej ławeczce na korytarzu, za to w miłym towarzystwie podobnie oczekujących :) Powrót z próby uświetniłam jeszcze tylko solidnym rąbnięciem w latarnię przy cofaniu, na szczęście bez szkód w ludziach. Latarnia i samochód również ocalały.
Wracając zgarnęliśmy mojego R. z pracy i dotarliśmy do domu w pół do dziewiątej wieczorem…

Ale spoko, nie wszystkie poniedziałki aż tak wyglądają ;p

We wtorek i środę było dużo spokojniej choć zakwasy w nogach od pośpiesznego truchtu mam do dziś.

No, to na razie wystarczy tych opisów. Na jedynce właśnie leci film o rodzinie z kilkorgiem dzieci ze spektrum autyzmu, patrzę jednym okiem i nawet całkiem całkiem.

Dobranoc wszystkim wytrwałym czytającym ;)) 

 

 

Otagowane:  

Run!!

Dodano 19 października 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

run, run, run!! – to najlepiej określa moje ostatnie dwie doby. Biegnę i nie mam kiedy się zatrzymać!  

Z oczami Małej dobrze, za to mamy taki rzut AZS, jakiego dawno nie było://

Jutro dermatolog – o ile uda się wedrzeć bez terminu do NFZ-towskiego. Jak nie, pójdziemy prywatnie choć stan naszej kasy jest gorzej niż tragiczny.

Reszta później, bo za 15 minut znów włączam dopalanie i gnam na przystanek.

Zwariuję kiedyś z tego pośpiechu!!:O 

Otagowane:  

Wiecie co,

Dodano 14 października 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

mam dość.

Dawno nie było dołującego wpisu co? No to mam materiał na najnowszy, eech:(

Kilka dni temu Justynka zeznała, ze przeszkadza jej to „podwójne widzenie„. W pierwszym odruchu nawet się nie zdenerwowałam, raczej zdziwiłam co mi dziecko za dziwne rzeczy opowiada. Jednak kiedy po wnikliwszym wypytywaniu Mała stanowczo podtrzymywała swoje twierdzenie, utrzymując w dodatku, ze to jej się zdarza często i od dawna, niepokój podpełz mi do gardła.

 
W trybie przyśpieszonym zaklepałam termin do okulisty – z oczami nigdy nie było dotąd problemów  wieć ostatni raz badaliśmy je lata temu.  Rzutem na taśmę udało mi się również zdobyć termin (JUŻ na grudzień,  ha. ha.) na rezonans na  który skierowanie  mamy już od dawna ale w związku z tym, ze musi on być wykonany w narkozie do której nam nie śpieszno, przekładaliśmy go ciągle na jakieś  nieokreślone później. 

U okulisty byliśmy dzisiaj, niestety  na razie z zerowym skutkiem. Lekarz fajny  i o tyle uczciwy, ze po wysłuchaniu historii chorobowych osiągnięć Młodej stwierdził, że lepiej będzie gdy przekieruje nas do lepszego znawcy -neuro okulisty. Dał namiary, nie zainkasował za wizytę, acz również nie uspokoił:/ bo jak to enigmatycznie określił -to może być ‚wszystko” -od tzw. zeza ukrytego po o wiele mniej fajne atrakcje i w tym wypadku bardzo dobrze, ze mamy w planach rezonans.

Nie muszę chyba pisać ja mi się rozszalała wyobraźnia co nie??:(

W poniedziałek idziemy do owej pani docent i bardzo się staram by choć te kilka dni wytrzymać bez wpadania w schizy pt. „co jeszcze przytrafiło się mojemu dziecku!!?” ale coś czuję, że to nie będzie łatwe.

Pomijam już zupełnie fakt, ze poniedziałki to my mamy takie zakręcone pod względem ilości różnorakich zajęć  rozrzuconych w dodatku po całym mieście, ze przyjdzie mi chyba spędzić cały dzień w samochodzie.

Ratunku…

Otagowane:  

10.10.2011

Dodano 10 października 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

Czternastolatka wygląda tak :

 

Córeczka tatusia :)

Pisać o Małej to nie jest prosta rzecz bo z jednej strony mogłabym bez końca a z drugiej – nie wszystko mi wolno. Sama zainteresowana wchodzi już w taki wiek, ze bez jej zgody i przyzwolenia nie mogę. Choć z drugiej strony, pewien plan który powoli nabiera co raz większych rumieńców ( a o którym jeszcze za wcześnie by więcej pisać) zyskał jej pełną aprobatę.
Wszystko w swoim czasie ;)

Dziś mogę napisać przede wszystkim to, że Justynka przywitała kolejne urodziny  (świętowanie w rodzinnym gronie już za nami :)) w całkiem dobrej formie. Choć oczywiście nie obyło się bez białej nocy – ekscytacja nadchodzącą imprezą kazała ogłosić koniec spania w okolicach drugiej nad ranem ;D 

Mała zgarnęła wymarzone prezenty, zdmuchnęła świeczki a za parę godzin już legalnie wkroczy w piętnastą (!!) wiosnę życia.
Piętnaście lat – ledwo mieści mi się to w głowie.
Próbuję sobie przypomnieć jaka ja byłam w tym wieku, ale jednak to były tak abstrakcyjnie inne czasy, ze chyba takie porównywanie nie ma sensu…

W każdym razie na pewno byłam mniej wygadana i obkuta niż moje dziecko ;)

Bo co jak co ale pęd do wiedzy Młodej może wpakować w kompleksy;D

Justyna uwielbia się uczyć, poznawać, eksplorować, doświadczać.
Jest motorem większości naszych wyjść w tzw. ciekawe miejsca. Niezmordowanie wyszukuje wszelkie lokalne imprezy które mają jakikolwiek związek z edukacją (a przy okazji rozrywką ;p) i wyciąga nas na nie do skutku.

Ma łeb jak sklep i co rusz powala mnie jakąś zaskakującą wiedzą – ostatnio w związku z WOS-em który ma w szkole, stała się skarbnicą wiedzy na temat Unii Europejskiej.
A w internecie wyszukała ostatnio stronę Ekonomicznego Uniwersytetu Dziecięcego z filmami i wykładami oraz prezentacjami która wciągnęła ją po same uszy.

 
To pewnie trochę takie coś za coś – moje dziecko brak towarzystwa i samotność społeczną kompensuje sobie uciekając w świat wiedzy.
Ale nad tym pierwszym też pracujemy – od kilku tygodni Mała jeździ na zbiórki harcerskie i jeśli tylko entuzjazm jej nie przejdzie to jest cień szansy na nową grupę rówieśniczą – raz w tygodniu przez półtorej godziny – dobre i to ;)  

Czternaście lat za nami.

W S Z Y S T K O miało być inaczej.

Ale paradoksalnie – dziś już nie potrafię sobie wyobrazić, że mogło by być. 

 

Otagowane:  

Ło matko,

Dodano 4 października 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

ale mnie zmiotło to choróbsko!

Wracam do żywych, powoli i ostrożnie, nie przesilając mocno nadszarpniętej kondycji. I obiecuję sobie przy pierwszym dopływie gotówki zainwestować we własne zdrowie i nabyć jakieś piguły na odporność, witaminki i inne środki konserwujące.Najwyraźniej jak się już osiągnęło pewien wiek i stopień zużycia trzeba się zacząć bardziej ze sobą cackać!

Mój R. bardzo dzielnie przez wszystkie dni mojej niemocy woził i odwoził dzieciary na wszelkie zajęcia zajęcia, prał i wieszał, gotował, robił za zaopatrzenie oraz moją niańkę.
Mały z Małą też mieli swój wkład w ogarnianie kuwety – Jerry ugotował gar jadalnej ogórkowej (całkowicie sam!) którą pochłanialiśmy przez trzy dni a Justynka robiła za bezpośrednią obsługę chorego w myśl zasady; przynieś, wynieś,szklankę wody podaj;D  

W niedzielę ojciec z synem w ramach tzw. relaksu udali się na krakowskie Błonia by Jerry jako świeżo upieczony (i dumny z siebie ja nie wiem co) właściciel samodzielnie wykonanego latawca mógł wziąć udział w zawodach podczas dorocznego Święta latawców :)
Jak na debiutanta całkiem nieźle mu poszło, wrócili z tylko ciut zdefasonowanym sprzętem ale i z nagrodą ;) Tak, tak, modelarnia to najnowszy zachwyt Małego i coś czuje przez skórę, że z tych trwalszych!

A dziś (a raczej wczoraj, upss) już poniedziałek, trzeba było zwlec się z z łoża boleści i spróbować sprostać realowi. Mała wróciła do szkoły – tiki przycichły trochę choć do dawnej formy jeszcze dużo brakuje. Mój R. odpoczywał w pracy ;D

Mnie zostało jeszcze wybrać się na widzenie z dermatologiem choć w miarę blednięcia mojej śliczniusiej wysypki blednie i moja motywacja.

 
Po za tym siły muszę oszczędzać co nie? To co się będę po lekarzach włóczyć ;)

 

Otagowane:  

O ile

Dodano 29 września 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

wcześniejszy wpis mógł wydawać się zabawny to dzisiaj już całkiem mi nie do śmiechu.

Do okropnych bóli kręgosłupa, stawów i mięśni dołączyła gorączka oraz od wczoraj – podejrzanej urody wysypka, :/

Ale że by było dziwniej – tylko na nogach!

Byłam się nawet dziś konsultować na oddziale zakaźnym bo moja internistka nie bardzo miała pomysł co to jest i kazała jechać do specjalistów.
I co, dale wiem, ze nic nie wiem:/

Lekarz mnie obejrzał szczegółowo, stwierdził że to nie żadna zaraza tylko uczulenie na jakiś lek, zalecił konsultację dermatologiczną oraz wypisał receptę na antybiotyk bo wg. niego gardło mam fatalne.

Jest to o tyle dziwne, ze gardło mi akurat prawie wcale nie dokucza, za to boli mnie jak cholera w klatce piersiowej przy oddychaniu.
Cieszę się jak mi się uda zbić gorączkę do 38 stopni, leżę i zdycham i co raz bardziej się boję co to za dziadostwo mnie dopadło:((

Koleżanka pocieszycielka mat-ka straszy widmem boreliozy, ja się obawiam raczej grypowych powikłań i tracę wiarę w sens łykania antybiotyku ale z drugiej strony jestem gotowa zażyć WSZYSTKO ze by tylko mi przeszło!!

R.
wziął wolne i ogarnia chaos ale sam ledwo zipie z tym przetrąconym żebrem.

Czy jest na sali lekarz??!

 

Otagowane:  

Piątkowa (zimna!) noc

Dodano 28 września 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

Naukowców owocuje u mnie rozkręcającym się ekspresowo przeziębieniem.
Dodatkowo lekarka rehabilitacji zamiast pomóc coś mi popsuła w kręgosłupie i teraz nie mogąc z bólu spać błąkam się bezsensownie po sieci

Dziecko starsze ewoluuje – ze strasznego, acz dobrze znanego: „zabij mnie albo te tiki!” przeszliśmy do „proszę, naucz mnie jak to powstrzymać!”  
Chwilowo szkoła zawieszona na kołku bo zwyczajnie się nie da.

Od nieustannych przymusów boli głowa i przepona.

Ale usłyszałam też dziś – „jesteś najlepszą mamą jaka mogła mi się trafić!” – choć nie wiem wcale czy zasłużone…

Młody bardzo zakręcony, oswaja czwartoklasowe zmiany i bardzo się stara acz ja jeszcze bardziej – by nie zwariować:D

Dzieje się trochę fajnych rzeczy ale jeszcze zbyt świeżych by o nich pisać – jeśli wogóle.

Najważniejsze, że dają napęd do życia.

Zdrowotnie wszyscy cieńko przędziemy (czy już pisałam że mój R. niedawno złamał sobie żebro?) ale nic, to przecież musi minąć.

A teraz idę sprawdzić czy między 22 00 a północą kiedy na chwilę udało mi się zasnąć nie wygrałam przypadkiem w lotto :pp

 

Dopisane o poranku:

wczoraj w nocy mi to uciekło ale jeszcze dopiszę
- jeśli jest w ogóle coś takiego jak pech to wczoraj zaliczyłam jakąś porąbaną kumulację:o

najpierw z samego rana wylałam sobie pół szklanki herbaty na podłogę w dużym pokoju. Taka wrodzona zgrabność. Jak skończyłam robić z tym porządek to okazało się że kot zrzucił doniczkę z parapetu.

Kiedy po kolejnym sprzątaniu udało mi się wydobyć z do mu na zakupy to tylko po to by zaliczyć wtopę w lokalnym Carrefourze pt. karta nie współpracuje z czytnikiem w kasie (a raczej na odwrót, bo w każdym innym sklepie tego dnia płaciłam nią potem bez problemów) a brak jakichkolwiek innych środków płatniczych = zwrot zakupów i wyjście z kwitkiem plus zmarnowany czas. Co szeptała kolejka ludzi za mną nie zacytuję bo w większości niecenzuralne:o

Po południu wchodząc do znajomego salonu kosmetycznego o mało nie wybiłam sobie zębów potykając się na progu tego przybytku a zaraz potem urwał się pode mną fotel. Serio, serio.
Na szczęście nie obciążono mnie kosztami:D

Wracając do domu udało mi się ostatnie pięć złotych jakie wyciągałam z portfela upuścić tak sprytnie, że poturlało się wprost między szczeliny kratki kanalizacyjnej.

Potem jeszcze tylko zamiast do dozownika w pralce wsypałam całą miarkę proszku obok – czyli na własne stopy a na koniec dnia wyleciało mi lekarstwo z zęba.

Aa! I jeszcze zapomniałam o dziuni za kierownicą która na naszej wąskiej i w dodatku chwilowo rozkopanej osiedlowej drodze wyjechała mi centralnie pod prąd po czym spektakularnie chwyciła się za głowę, zakryła oczęta i trwała w takim stuporze dobrą chwilę blokując jakiekolwiek pole manewru.

Jak na jeden dzień i jedną osobę to niezły osiąg, co? ;))

 

Otagowane:  

Niestety,

Dodano 24 września 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

nuda szybko się skończyła.

Wraz z nadejściem kalendarzowej jesieni sezon na tiki mogę uznać za otwarty:((

W przeciągu trzech zaledwie dni, moje dziecko przeszło gwałtowną przemianę.

W miejsce uśmiechniętej, spokojnej nastolatki, mam rozedrgane, szarpane spazmatycznymi dźwiękami i gestami dziecko.

O bardzo umęczonym, dorosłym spojrzeniu.

Beczę cicho po kątach, bo choć wiem, (i wierzę!) że to minie, to bardzo trudno pożegnać bez buntu długie miesiące spokoju.

 

Otagowane:  

Łapiemy

Dodano 18 września 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

jesienne słońce…

Wczoraj imprezowaliśmy tutaj
a dziś Justyśka wypatrzyła w necie to miejsce  - pojechaliśmy, zobaczyliśmy, było bardzo ciekawie :) 

A tydzień temu całe popołudnie we czworo, spędziliśmy na rowerach.

Trzeba korzystać z każdej chwili za nim deszcz i chłód pozamykają nas w domach.

 
Dzieci jak na razie dają radę, większych afer  na stanie brak ( tfu tfu!) więc i my nie narzekamy ;)  

Nuda panie pisać o czym nie ma ;D

Otagowane:  

  • RSS