No dobra,

Dodano 20 października 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

powiedzmy, ze teraz jest to „później” kiedy mam już wolną chwilę, tylko czy jest sens opisywać początek tygodnia kiedy już prawie widać jego koniec??

Najbardziej dał mi w kość poniedziałek. ilość spraw do obskoczenia była niewspółmiernie duża do godzin w dobie:o
Justyśka była jeszcze w domu, na okoliczność trenowania samoobsługi na nowej płaszczyźnie – od zeszłego piątku mam w domu pełnoprawną kobietę:)

Córka moja przyjęła (oczekiwaną przez nią bardzo!) nowinę całkowicie spokojnie jako oczywistą oczywistość – w odróżnieniu ode mnie ;) Bo ja głupia matka, najpierw się oczywiście zdenerwowałam a potem poryczałam. Potem wzruszyłam, choć to takie wzruszenie podszyte i lękiem i smutkiem…

Jedno dobre, że w kwestii samoobsługi widzę, że mogę być o nią zupełnie spokojna. Koniec dygresji ;) 

Tak więc, w poniedziałek początek dnia był jeszcze spokojny ale jak wystartowałam przed południem tak po koniec dna miałam zawroty głowy od nadmiaru wszystkiego.
Punkt pierwszy – pobrać Małego prosto ze szkoły i jak co poniedziałek dowieźć do poradni na zajęcia. Z drobną poprawką bo po drodze trzeba było wstąpić do innej poradni – tym razem Justyśkowej i odebrać od lekarki wypisane  skierowanie na MR. Stamtąd już tylko rzut beretem do punktu docelowego – pod wejściem do bramy wysadziłam z auta Jerrego i mojego R. który miał za zadanie dostarczyć dziecko do samego celu, a potem pojechać do pracy.  

Ja poprułam w tym czasie do pobliskiego szpitala Jana Pawła dostarczyć owo skierowanie i tym samym przyklepać ustalony wcześniej termin.
W połowie drogi dosięgnął mnie telefon od męża – nie ma pani prowadzącej zajęcia, przepraszają zapomnieli zadzwonić. We łbie gonitwa myśli – w mordę misia, co robić?? Zawracać? Jechać dalej??!

Stanęło na tym, ze mój R zabiera Małego ze sobą do BJ a ja dokończę dzieła. Tyle, ze w samochodzie ze mną został nie tylko tornister Jeremiasza ale i jego kurtka więc na skutki przemieszczania się w samej bluzie dresowej przy zaledwie kilku stopniach nie trzeba było długo czekać – Młody od wtorku usmarkany po kolana:/

Pod szpital wpadłam z piskiem opon ledwie dając szansę panu parkingowemu podnieść szlaban przy wjeździe ;) Na moje szczęście w miarę szybko odnalazłam stosowną rejestrację i odfajkowałam formalności. Z ty samym przyśpieszeniem ruszyłam odebrać dziecko ojcu z roboty bo czas nieubłaganie pędził a w domu czekała zostawiona (na własną błagalną prośbę) Justynka.

Kiedy dotarliśmy z powrotem na osiedle czasu miałam zaledwie tyle by nie ściągając butów wymienić dzieci, wydać Małemu dyspozycje co do obiadu i odrobienia lekcji i już trzeba było pędzić autem z Młodą do okulisty.
Znów cały Kraków do przejechania, (i parkowanie w miejscu cudem znalezionym i w sposób nie zgodny z prawami fizyki) potem ponad godzinna wizyta, z tylko z lekka zestresowaną (co się = mendzacą” na okrągło: „może jednak wracajmy???” ) Młodą.

Powrót przez coraz bardziej zakorkowany Kraków (dochodziła 17.00) sprawdzenie lekcji Jerrego, wyekspediowanie go na zbiórkę ministrantów.
Błogie 45 minut bez biegu, w sam raz by wypić zimną kawę, coś tam zjeść i przepakować plecak. Tuż przed szóstą zgarniałam już Małego spod kościoła i – rura przez całe miasto na próbę teatralną Kucyków.
W tym roku, po czterech latach obserwowania mój syn zechciał się namyślić i dołączyć do grupy występujących :) Jest to o tyle wygodne, ze i tak by raczej musiał z nami jeździć bo na cały wieczór (mój R. w poniedziałki w Jagiellonce do dwudziestej)samego w domu jednak bym go nie zostawiała. Zamiast więc siedzieć ze mną i czekać świetnie się bawi z resztą dzieci.

Jadąc na próbe byłam już na tyle zmęczona by owszem, zwolnić grzecznie gdy na sąsiednim pasie odkryłam radiowóz, ale już nie na tyle przytomna by zatrybić co oznacza ożywiona, skierowana w moim kierunku intensywna gestykulacja dwóch z rzędu mijających mnie kierowców. Prawie im chciałam odmachać :D Dopiero dojeżdżając na miejsce odkryłam, ze przejechałam pół miasta bez włączonych świateł, ups…

Potem już tylko półtorej godziny „odpoczynku” na twardej ławeczce na korytarzu, za to w miłym towarzystwie podobnie oczekujących :) Powrót z próby uświetniłam jeszcze tylko solidnym rąbnięciem w latarnię przy cofaniu, na szczęście bez szkód w ludziach. Latarnia i samochód również ocalały.
Wracając zgarnęliśmy mojego R. z pracy i dotarliśmy do domu w pół do dziewiątej wieczorem…

Ale spoko, nie wszystkie poniedziałki aż tak wyglądają ;p

We wtorek i środę było dużo spokojniej choć zakwasy w nogach od pośpiesznego truchtu mam do dziś.

No, to na razie wystarczy tych opisów. Na jedynce właśnie leci film o rodzinie z kilkorgiem dzieci ze spektrum autyzmu, patrzę jednym okiem i nawet całkiem całkiem.

Dobranoc wszystkim wytrwałym czytającym ;)) 

 

 

Otagowane:  

7 Responses to No dobra,

  1. anikoda pisze:

    o rany!!!!
    jak Ty to robisz??? czy to mozliwe, zeby az tyle akcji zmiescilo sie w jednym dniu???
    prosze natychmiast podzielic sie ze mna talentem do rozciagania czasu;)

  2. too-tiki pisze:

    zmęczyłam się od czytania:)

  3. elka pisze:

    Tylko „całkiem, całkiem”? Dla samej Heleny Bohnam-Carter bym go oglądała. To mój ukochany film, zresztą oparty na faktach, na podstawie książki Luka, tego rudzielca, głównego bohatera:
    Luke Jackson „Świry, dziwadła i Zespół Aspergera”
    Czyta się też rewelacyjnie. Obowiązkowa lektura dla rodziców Aspich :-)

  4. Agnieszek pisze:

    anikoda – to żaden talent, najwyraźniej mój syn ma nadruchliwość PO MnIE ;))

    too-tiki – :D

    elka -już się poprawiam – film doskonały, obejrzałam do końca zarywając noc i bardzo się cieszę że nagrałam. Helena bardzo ok. tyle, ze miałam z nią jeden problem – po ostatniej ekranizacji Alicji w krainie czarów ciągle widzę ją jako Czerwoną królową ;)

  5. mat-ka pisze:

    czyżby u Ciebie był jeszcze większy młyn, niż u mnie??? Niemożliwe!!

  6. kolorki pisze:

    Chętnie podzielę się swoją nudą:)

  7. tijgertje pisze:

    hehe, od samego czytania mozna zakwasow dostac;)
    Wiem, o ktorym filmie mowisz. Ogladalam kilka lat temu, do tej pory widze przed oczami w zasadzie 2 sceny: roznice miedzy autystycznym i artystycznym i kacje z gesia. Ta ostatnia jest po prostu genialna i oddaje wiecej, niz jak sadze przecietny widz tam wypatrzy;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • RSS