Pierwszy

Dodano 11 września 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

pełny tydzień szkoły za nami. Jak na razie spokojnie,

U Małej co prawda przez chwile pojawiły się znane (i nie lubiane) niepokojące tiki na szczęście wraz z opadnięciem pierwszowrześniowych emocji poszły sobie precz. Prawie… 

Jerry odkrywa nową jakość szkoły pod postacią stukilowego tornistra czwartoklasisty oraz wszechobecnej punktacji (kto ma szkole dziecko ten wie o co cho)za za wszystko co możliwe.

Ani jedno ani drugie mi się nie podoba:|

Cały ubiegły tydzień minął mi na pomiędzy lataniem na zebrania a walką (na razie na argumenty) z firmą organizującą w Krk dowóz dzieci. Na razie osiągnęłam względny kompromis ale, ze jeszcze nie jestem siwa to zdumiewające!!

Zdziałanie tego by Mała nie jeździła godzinami po całym mieście bądź nie kiblowała nie potrzebnie po lekcjach w szkole wymaga użycia intensywnej perswazji, zastraszania a najlepiej metod NLP :/

Po za tym co…

No na przykład takie całkiem świeże odkrycie  - uczenie Młodą poprawności, kultury bycia tudzież obowiązujących form grzecznościowych NIE JEST  wystarczające. Chcąc ją uchronić przed werbalną agresją podwórkowych interlokutorów ( bo nie chcę nawet myśleć o czymś gorszym) należy również wprowadzić naukę rozumienia slangu oraz ordynarnych odzywek oraz wdrożyć umiejętność reagowania równoważnie mocnym tekstem na niewybredne propozycje. 

Myślę, że „spie…laj” było by najadekwatniejsze, tyle tylko, że dziecko mi się opiera i pyta czy nie wystarczy „idź sobie” gdy znów ktoś jej będzie dokuczał.

I tu jest ból bo obawiam się, że właśnie nie wystarczy.

Jako alternatywne wyjście mogę przestać ją puszczać samą na podwórkową huśtawkę pod okna tyle tylko, że przez nią było by odebrane jako kara, więc.

Co o tym myślę, to mi czerwona mgła przed oczy wstępuje, na zmianę z potwornym poczuciem bezsilności :|

Nie jest łatwo mieć dorastającą córkę, zwłaszcza gdy się ma świadomość, że w niczym jej nie pomoże jej wszechstronna wiedza i przyjazne nastawienie do świata jeśli trafi na ZŁEGO człowieka.

A może jakieś pomysły? 

Co robić, jak żyć

Otagowane:  

01.09. Poooszły

Dodano 1 września 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

konie po betonie! ;D

 
Młoda, zeby nie zaspać tradycyjnie wstała skoro świt, tak w okolicach 4.30 

Mały tradycyjnie odmawiał współpracy i spał w zaparte do ostatniej możliwej chwili.

Mój R.  już oddelegowany z Justyną ja zaraz śmigam do szkoły z Jerrym.

Się będzie znowu działo…

witaj szkoło, hłe, hłe ;)

Otagowane:  

druga w nocy,

Dodano 29 sierpnia 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

Już prawie.

Grzebię w  blogowym archiwum. Słucham Gintrowskiego/Herberta. Albo Justynki sprzed 10 lat :)

oglądam stare zdjęcia.

Myśli w głowie tysiące nie dają zamknąć oczu.

 Ale tą, że  za chwile już wrzesień i otwarcie szkolnego sezonu w ogóle wypieram ;) 

 

 

Otagowane:  

Ostatnia

Dodano 19 sierpnia 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

wakacyjna wyprawa za nami. Najpierw najechaliśmy drugą-mamę , było jak zwykle świetnie :)

Te kilka dni minęło jak mgnienie oka. Ale starczyło czasu i na wieczorno/nocne babskie rozmowy na tarasie (pod czas których zostałam intensywnie zterapeutyzowana  za pomocą  wina, tudzież  koleżanki Waterloo;p), i leniwe wylegiwanie się z książką na ogrodowej huśtawce. Poza tym  jeszcze – nauczyłam się gotować zupę dla kilkunastu sztuk ludzia, jadłam bosski chleb – dzieło rąk gospodarza domu a gdy kładłam się spać do ucha mruczał mi cudny  kot Makaron :) 

Żal było odjeżdżać!

Prosto (choć prosto jest w akurat w tym wypadku wielkim nadużyciem -boczne drogi tym razem wybraliśmy tak bardzo boczne, że  ze dwa razy trzeba było zawracać bo się zwyczajnie skończyły ;p)
z Żywca pomknęliśmy do Wojnicza by w leśno/wiejskiej głuszy u rodziny mojego R. odpocząć jeszcze kilka dni. I prawie by nam się udało gdyby nie fakt, ze drugiego dnia pobytu na równe nogi postawił nas telefon od sąsiadów pt. „leje nam się z sufitu!” 

Okazało się, ze trasę Wojnicz-Kraków można zrobić w godzinę wliczając w to błyskawiczne pakowanie i pacyfikację spanikowanej Młodej.

Na miejscu okazało się, ze nie jest tak strasznie jak być mogło co nie zmienia faktu, ze nasza kuchnia donośnym głosem woła o pilny remont:/ U sąsiadów nie byłam posłałam mojego R. u nich wygląda to jeszcze mniej ciekawie. Na szczęście  mamy ubezpieczenie bo na myśl o tym co by było gdybyśmy go nie mieli mam serię myśli samobójczych :0

Ogarniamy jakoś  powoli ten bajzel, ale  od poniedziałku mój R. wraca do pracy więc zostaję sama na placu boju.

Dziś do kompletu dopadła mnie taka powalająca migrena jakiej jeszcze nie przerabiałam, ze światłowstrętem, mdłościami w pakiecie.

Spacyfikowałam ją lekami ale trochę to trwało i teraz chodzę jak zombi. 

Za dużo  wrażeń, wydarzeń, za mało snu i dystansu.

A ze snem dzisiaj również będzie krucho bo tuż za blokiem rozbrzmiewa mi właśnie Coke Live Festival… 

****

A na koniec dzisiejszego dnia jeszcze TA   tragiczna wiadomość:(( 

Wchodziłam i wychodziłam na stronę nie mogąc uwierzyć w to co czytam  

Życie jest czasami niezrozumiale okrutne 

 

Otagowane:  

Sulejów 2011 :)

Dodano 9 sierpnia 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

Otagowane:  

Sierpień.

Dodano 4 sierpnia 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

Za chwilę minie tydzień jak zjechaliśmy do Krakowa. Blog usycha i na prawdę chyba to już jest końcówka mojej radosnej grafomańskiej twórczości bo nijak mi nie po drodze z tym miejscem.

Nie chce mi się na okrągło pisać,że źle, ze do dupy i tym podobne doniesienia.

 
Te wakacje to jakaś totalna porażka.Pomijam, że od początku funkcjonujemy w rytmie -wyjeżdżamy- napierrr..nicza żabami, wracamy do Krk wraca tzw. pogoda. ha. ha;| 

Pierwszy wyjazd czyli obóz Małego i nasza Rabka doczeka się osobnego wpisu więc powtarzać się nie będę.

Kolejny miał być wielką przygodą, skończył się na planach. Zamiast jechać z Jerrym na podbój słonecznej Italii zostałam w uroczym acz deszczowym Sulejowie.

Czemu?

Bo tak, bo jak to mówią wyżej dupy nie podskoczysz.

Bo cholerna kasa, bo życie to niejebajka, bo bogatemu to i byk się ocieli a biednemu – wiatr w oczy nóż w plecy i kopa na drogę.

 
I nawet nie o to chodzi, że mi samej żal, bo sama myśl o rozstawaniu się ze stadem na tydzień (!) i na taką odległość przyprawiała mnie o duszności, ale Małego mi żal jak cholera, Pierwszy raz mieliśmy wyjechać sami we dwoje, pierwszy jego raz za granicę a tu taki  zonk.  

I choć On już po dwóch dniach przebolał i śmigał w najlepsze między kałużami w Sulejowskim rówieśniczym towarzystwie, to ja mam doła do dzisiaj.

Nie znoszę zawodzić, obiecywać i nie dotrzymywać.

Na szczęście turnus  miał tą dobrą stronę, że działał terapeutycznie nie tylko na Młodą.

Jerry załapał się i na fajne towarzystwo i na zajęcia pedagogiczne, na koniach też miał sposobność pojeździć :)

Ja w ramach autoterapii uprawiałam wieczorne, werandowanie w doborowym  empatycznym gronie, często gęsto  podlewane doskonałym winkiem domowej produkcji którego zapobiegliwi znajomi przywieźli spory zapas;)

 
I tylko niestety kolejny raz miałam okazję się przekonać, że przebywanie w czteropaku po za miejscem zamieszkania co raz gorzej nam wychodzi:/ Mój R. w obliczu konfliktów własnych dzieciorów, natłoku bodźców generowanych przez potomstwo, tudzież mojej galopującej depresji zdecydowanie wymiękał. 

 
Jakoś tak się dzieje, ze choć niby mamy zbieżne metody wychowawcze oraz poglądy na chów stada, to gdy przychodzi je wdrażać w życie, wkraczamy na prostą drogę do wzajemnego małżeńsko/rodzicielskiego mordu. 

 
Każde z osobna doskonale radzi sobie z dogadywaniem się  bandą, gdy jesteśmy oboje na raz -ziemia się trzęsie, yych:/ 

 

Wróciliśmy do domu emocje opadły, ale dół pozostał…

Pozostał też niestety przetrącony kręgosłup, ten prawdziwy tym razem, który odmówił na wyjeżdzie współpracy. Pomimo szybkiej akcji ratunkowej i potraktowania mojego odwłoku serią zaszczorów przez fachową i pomocną dłoń, nadal boli i przypomina o swoim istnieniu:/

 

Dzisiejszy dzień zaś, zasłużył sobie na opis ze względu na serię porażek i wtop.

Moją wczorajszą radość z faktu, ze Młoda debiutancko  dała się zostawić w kinie tylko i wyłącznie w towarzystwie brata, przyćmiło dzisiejsze odkrycie, zgubionej w tymże kinie komórki:/ Moja wina, nie zauważyłam po wyjciu z sali, ze nie ma przy sobie plecaka w którym miała telefon. Dzwoniliśmy oczywiście na jej nr. ale dupa blada, ktoś się połakomił na stareńką Nokię i kilka złociszy na karcie.

Odkrycie tego faktu dziś przed południem opóźniło naszą wyprawę na drugi koniec miasta na basen AGH. A jak już w końcu dotarliśmy (komunikacją, bo ceny paliwa skutecznie zniechęcają do jazdy samochodem ) to okazało się, ze basen owszem otwarty ale tylko częściowo. Najatrakcyjniejsza dla dzieciarów część czyli rura i jakuzzi jest remoncie…

I w dodatku informacja o tym stała jak byk na stronie internetowej ale jakoś udało mi się tego nie zauważyć;|

Potem jeszcze zaliczyliśmy park Jordana w którym co krok czyhały „atrakcje” dojące kieszeń typu, skakańce-dmuchańce, zorbingowe kule czy inne łódeczki po jedyne 10 zeta za 5  minut pływania po płytkim Jordanowskim bajorku.

 
Po uroczej godzince miałam dość tym bardziej, że moje dzieci, tak się radośnie uzupełniają że  kiedy jedno mogło by jeszcze długo (Młody) to drugie (Justyna) ma już dość i domaga się powrotu. 

Odebraliśmy mojego R. z Jagiellonki i zwinęliśmy żagle, powrót był oczywiście ubarwiony rodzinnymi dialogami na forum pasażerów linii 502 . A ja tylko czekałam aż do kompletu tego przedstawienia przyłączy się kontrola biletów które dzisiaj akurat zmieniły nominały a których nigdzie nabyć szans nie ma. Jechaliśmy na starych i psychicznie byłam już przygotowana na zadymę z kanarami – tym razem o dziwo nas ominęła. Fakt,ze Młoda praktycznie wykończyła jedyne sandały i groził jej powrót w jednym bucie był już tylko lajtowym dodatkiem.

I tak nam radośnie sierpień upływa.

Mamy w planach jeszcze krótki wypad ale ani się nie nastawiam ani jeszcze nie cieszę, jak się uda to wtedy będę…

Myśl o powrocie do antydepresantów napawa mnie zniechęceniem i rezygnacją ale chyba już dłużej na własnej energii nie pociągnę, niby to wszystko co wyżej opisane to sam lajf i żadne kataklizmy ale co raz trudniej mi znaleźć w tym wszystkim tzw. sens istnienia:(

Dla tego również nie ciągnie mnie do bloga. O Młodej (na jej prośbę) pisać już mogę co raz mniej, a o własnych dołach? 

Nie widzę potrzeby.

I tak to.

Ale jak mnie natchnie to może wrzucę tu jakieś turnusowe foty – były robione  na prawdę fachowymi rękami :) 

 

Otagowane:  

Plany

Dodano 23 lipca 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

były ale się skiepściły;((

Życie po raz kolejny pokazało swoją wredniejszą stronę i zmusiło do weryfikacji marzeń i planów.

Nic to, psy szczekają a karawana… i tak dalej, conie.

Do końca lipca nie zmieniamy adresu bawiąc na Justynkowym turnusie.

Więcej nie mam siły pisać,

żyjemy, i tego będę się trzymać.

 

Otagowane:  

Krótko

Dodano 17 lipca 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

Nie udało się znaleźć czasu na bloga w mijający mijającym tygodniu a juz za chwileczkę, juz za momencik z samego rana znów wyjeżdżamy.

Tym razem na turnus, z krakowską Hipoterapią. A właściwie to na pół turnusu, a potem to się dopiero będzie działo ;)

Ale o tym później, albo z Sulejowa   z pod sosny – jeśli tylko będą dawać tam net, a jak nie to za tydzień, będąc przelotem przez Krk napiszę o co cho :)

Do zobaczyska :)

Otagowane:  

Miliony much nie mogą się mylić,

Dodano 12 lipca 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

jedzmy gówno!!

- czyli relacja wakacyjna part łan.

Emocje co prawda już mi lekko ostygły ale nie odpuszczę sobie tego kronikarskiego wpisu. Choćby nawet ze zwykłej ciekawości, czy tylko ja mam takie dziwne, niepopularne i skostniałe poglądy i zwyczajnie nie nadążam czy może jednak jest nas więcej? Otwarcie mówię, ze tym razem zależy mi mi na komentarzach.

Ale do rzeczy.

Jako pierwszy na wakacyjne podboje wyruszył Jerry i jego właściwie cała opowieść dotyczy.

Na fali synowskiego entuzjazmu, tudzież wyrośnięcia z jeszcze niedawnych oporów pt. „nikogo nie znam=nigdzie nie jadę!”została podjęta (wspólnie) decyzja o wyjeżdzie na tzw. obóz tematyczny. Młody, pełen dzikiego entuzjazmu został wydelegowany na obóz miłośników Gwiezdnych Wojen. Organizator imprezy sprawdzony, z doskonałymi referencjami, opiniami i od 10 lat na rynku więc -żadna tam firma krzak.

Program 13 dniowego pobytu aż kipiał od atrakcji, warunków bytowych również nie można się było czepić, kadra opiekuńcza szkolona pedagogicznie i wychowawczo, jednym słowem cud miód i orzeszki.

I co?

I gófno, to tytułowe niestety.

Okazuje się bowiem, ze kupić sobie nie można wszystkiego a za wysoką ceną imprezy nie podąża niestety tzw. wysoka kultura.

Ba, od razu tam wysoka,żeby choć jakakolwiek podążała!

Wyszło na to, ze wychowałam dziecko na frajera i cieniasa albowiem, ponieważ, Nie_przeklina, Nie_kłamie (jak na razie) i Nie_bije się.

Jego grupa liczyła 12 chłopców w tym dwóch zahukanych ośmiolatków , Młody i reszta. Reszta, czyli dziewięciu mniej więcej rówieśników którzy tuz po zamknięciu się drzwi za wychowawcą komunikowali się językiem tak mało wybrednym, ze moje dziecko (wcale przecież pod kloszem nie chowane) w wieczornych telefonach zeznawało, że: „oni mówią strasznie, ale nie martw się mamuś bo ja i tak połowy nie rozumiem!”

Aaaa!

Przekaz pozawerbalny uzupełniał środkowy palec doskonały jako komentarz w każdej dyskusji.

Z drobiazgów jeszcze tylko kilka drobnych bójek= pogięte koszmarnie okulary, dwukrotna utrata kasy zostawionej na wierzchu w pokoju oraz chodzenie spać o niedopuszczalnej (no chyba, ze ja mam zbyt restrykcyjne standardy) godzinie.

Telefony przed północą były na porządku dziennym a na moje niedowierzające WTF ?!? dziecko rozbrajająco twierdziło: „my tu wszyscy nie śpimy za to pan już chyba tak bo nikt nie pilnuje!”

A!!

  Przyznam szczerze, po pierwszych takich relacjach miałąm ochotę wsciąść w samochód i jechać pobrać dziecko. Powstrzymywało mnie tylko to, ze sam główny zainteresowany nie nalegał i łamiącym się głosem bohatersko twierdził, ze jeszcze wytrzyma bo może jednak „Oni”się uspokoją. 

I tu dygresja – nie twierdzę wcale, ze Młody to wzór cnót i chodzący ideał. Ma sporo upierdliwych cech wśród których upór i gadatliwość wysuwaja się na prowadzenie.

Jednak równocześnie w pakiecie ma nadwrażliwość każacą mu trzy dni przeżywać ów nieszczęsny środkowy palec wyciągnięty w jego kierunku, tudzież obelgę z gatunku rynsztokowych.

A kierowane w kierunku adwersarzy odważne „zamknij się” powodowało co najwyżej paroksyzmy śmiechu.

Jerry wrócił z obozu bliski uwierzenia, ze jest cytuję (ale tylko te softowe etykietki) „debilem, kujonem i okularnikiem tudzież frajerem i cieniasem.

A po za tym? „Po za tym było nawet fajnie mamo. Ale więcej to ja już raczej bym nie chciał na takie wyjazdy!”

No ja myślę:/

I teraz pytanie do szanownej publiczności -bo może to ja mam z głową – czy na prawdę nie ma innego wyjścia tylko przyzwolić, ba, może nawet nakłaniać dziecko by w celach nieodstawania używało takich samych słownych argumentów?? Czy ja jestem całkiem nienormalna, ze buntuję, się i nie chcę by Młody nasiąkał takim właśnie gównem? Czy jedynym wyjściem jest dostosować się bo”takie jest życie”(sic!) -nie-na-wi-dzę tego komunału!!) i musi się przyzwyczaić – jak tytułowe muchy??

  Bo inaczej zginie, będzie dziwadłem, podwórkowym odmieńcem, bo nie dość że piłki kopanej nie praktykuje to jeszcze kurwą nie rzuca od niechcenia ani innym męskim narządem. 

Na prawdę, czasami mam ochotę zwinąć manele i przeteleportować się „gdzieś” gdzie jest inaczej.

Czy alternatywą jest tylko siedzenie w domu z nosem w kompie lub książce? Jedno dziecko mam z automatu nieprzystawalne, drugie za chwilę stanie się takie z wyboru. Albo.

Albo wybierze żywot muchy z zapałem obsiadującej świeże gówno „bo przecież skoro wszyscy w koło…”

A wtedy ja się zastrzelę:(

I tak już czuję się jak porażka wychowawcza.

nie wiem, jak wyrobić w swoim synu odporność na chamstwo i werbalną agresję, jak nauczyć go zlewania durnych zaczepek i prowokacji.

Jak go uodpornić by nie nabierał przekonania, ze skoro jest w mniejszości to jest równoznaczne z „gorszością”

  Jak w szybkim czasie nie znajdę jakichś podpowiedzi to obawiam się że skończymy na kozetce i to zespołowo. 

Co raz częściej okazuje się że wychowywanie Młodej jest nieporównywalnie mniej skomplikowane niż jej neurotypowego brata.

W temacie wakacji dopisze jeszcze tyle, ze w czasie gdy Młody ‚bawił” na obozie, nasza trójka spędziła uroczy deszczowy tydzień w gościnnej Rabce (na siedem dni lało tylko przez pięć i pół ) i już samo to wystarczyło by wrócić ze skierowaniem do Tworek.

Lub innego zakładu opieki psychiatrycznej.

A każdemu wątpiącemu polecam zamknięcie się na 12 m.kwadratowych na takie pięć dób z moim dzieckiem pożądającym całym sobą obiecanego niebacznie Rabkolandu i nie przyjmującym do wiadomości odmowy wykonania planu z tej prostej przyczyny, ze żabami napier..tralalala kolejny dzionek. Mój R.jest w o tyle szczęśliwym położeniu, że słyszy tylko połowę a jak się położy na strategicznym boku (i uchu) to i ani ciut ciut. A że Młoda o tym wie doskonale, więc cała siła rażenia szła na mnie.

Ale była dzielna, nie oszalałam, jeszcze tym razem nie :DD

Następne doniesienia niebawem bo i plany wyjazdowe niecodzienne :)

Otagowane:  

Do pierwszego zaplanowanego

Dodano 25 czerwca 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

wyjazdu jeszcze kilka dni, ale coś mi się wydaje, ze pora ogłosić wakacyjną przerwę blogową.

Jak mnie dopadnie przymus pisania to wrzucę tu jakieś doniesienia.

Tymczasem oddalam się w poszukiwaniu pionu tudzież  zen bo aktualnie mój stan ducha przypomina karoserię po gradobiciu.

Jak mi się wydawało, ze dzień z poprzedniej notki był ciężki to tylko dla tego, ze nie wiedziałam jaka czeka mnie noc.

Oraz kolejne noce.

Chwilę mi zeszło zanim zatrybiłam, że to nie epizod lecz raczej dłuższa historia i Mała potrzebuje czasu by uspokoić rozgrzane do czerwoności synapsy.

Czasu, oraz całego morza naszej cierpliwości i opieki.

Wiem, ze to przejdzie,  ale widzę, też, ze  nie wszystkie emocje jakie temu towarzyszą nadają się by je tutaj wywlekać.

Znikam więc

na małą chwilę

 

 

Otagowane:  

kiedy

Dodano 22 czerwca 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

starsze dziecko przynosi  świadectwo ukończenia pierwszej klasy gimnazjum, świadectwo z czerwonym paskiem w dodatku, człowiek oczywista pęka z dumy i się wzrusza, bo jak inaczej co nie?

Jeśli jednak  to samo dziecko przez całe popołudnie i kawałek wieczoru  wywleka na wierzch te najbardziej autystyczne z autystycznych zachowań jakie w niej przetrwały,

jeśli wymuszaniem i uporem w dążeniu do obranego celu,

empatią minus tysiąc,

minus sto tysięcy

sprawia że  od powstrzymywania rosnącego w głowie obłędu prawie tracę dech

i przytomność

to wszystkie czerwone paski bledną.

Ale oczywiście, wolno gratulować.

bo mam przecież TAKIE  zdolne dziecko

://///

Teraz, gdy już śpi, gdy uszły wszystkie emocje, zostałam z wielką dziurą w mózgu, w sercu. Próbuję pozamiatać na szufelkę to co ze mnie zostało ale coś słabo mi idzie.

Bo jak to pogodzić

Jednego dnia umieram z niepokoju, bo szczepienie, bo strach o zdrowie  i błagalne modlitwy „niech nic jej nie będzie”

następnego zaś  z trudem tłumię chęć ucieczki z krzykiem  i jak najdalej

Od własnego dziecka

które  choć o swych uczuciach potrafi mówić pięknie i sugestywnie

to nic z tego nie wynika

bo chyba nawet nasz kot ma bardziej rozwiniętą teorię umysłu

niż Ona

I nie, to nie jest bezduszny dowcip

to jest kurwa, rozpacz

Ale spoko, przejdzie mi przecież

A jutro będzie lepszy dzień, co nie…

 

Otagowane:  

Z Małą

Dodano 15 czerwca 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

 
lepiej. Obrzęk bardzo powoli ale się cofa, gorączki tez już ani śladu. Została jednak w domu do końca tygodnia bo ręka nadal boli i nie chciałam jej narażać na ryzyko jakichś urazów. 

 
Siedzi więc moje dzieko i co rusz mnie zadręcza tysiącem pytań – takich zwyczajnych (hehe, dla mnie zwykłych – w typie „to, co robimy dzisiaj??” z czestotliwością raz na 5 minut) ale tez całkiem abstrakcyjnych.

Dorwało się bowiem dziewczę do kolejnego portalu edudukacyjnego ;)  i eksploruje na maksa. A ja sobie chyba tez muszę tam wejść i odświeżyć szkolną wiedzę bo na razie zostaje mi tylko robić mądre miny i przytakiwac, ze kumam kiedy Młoda zaczyna np. rozwijać się na temat notacji wykładniczej!! :DD

Helpunku, ja jestem jednak zdecydowanie bardziej humanistą i takie pytania lekutko mnie zbijają z tropu;p

Co poza tym.

Z wielką ciekawością czekam na świadectwo Małej. Nie to, bym się jaichś cudów spodziewała, ale jak by nie było – finiszujemy z pierwszym  rokiem w gimnzjum!

Nie pojęte jak to zleciało! :)

 
Dopiero co miałam pełne gacie ze strachu przed tym jak by nie patrzeć przełomem a tu juz  koniec roku szkolnego! Były momenty kryzysowe, ale w ogólnym rozrachunku szkoła się nam sprawdziła w stu procentach. 

 

Teraz, juz tylko kilkanaście dni dzieli nas od wyjazdu na wakacje  i tu już trochę, szczeze mówiąc nie ogarniam.

 
Bo z pierwotnych minimalistycznych założeń  nasze plany wyewoluowały w jakiś szaleńczy melanż wyjazdów, powrotów i przetasowań!!:o 

Ale to już temat na osobna notkę…:)

 

Otagowane:  

Trochę

Dodano 13 czerwca 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

 
Mam dość. Jak by:/ 

 
W piątek Justyna została zaszczepiona- tężec/błonica/krztusiec.  Odwlekałam ten moment jak mogłam, nie to, by fobia szczepieniowa rzucała mi się przesadnie na mózg ale entuzjastą również nie jestem. Tym bardziej, że nie ma możliwości dzielić tego dziadowstwa na pojedyńcze jednostki tylko trzeba od razu dowalić cały komplet. 

No ale. Neurlog Małej zgodę dał, rejon na mnie psy wieszał, zdecydowałam,ze zaryzykujemy.

no i co??!

Wielkie gówno!!:(

W nocy gorączka, a od wczoraj ręka jak balon, czerwona i spuchnięta://

Pewnie mógłby ktoś napisać, ze przesadzam, ze dramatyzuję ale szczerze mówiąc na ten moment mam to raczej gdzieś.

Na ten moment, jestem na siebie wściekła, ze się zdecydowałam,  a teraz martwieję ze strachu.

Justyna mając tyle neurologicznych obciążeń jest narażona podwójnie i wcale nie mam pewności czy jej system odpornościowy jest na tyle sprytny by sobie z tym syfem bez problemu poradzić.

W niedziele nerwy puściły mi tak, ze przeryczałam bitą godzinę.

Teraz jestem tylko okropnie przybita i zmartwiona.

Po za okładami z kwaśnej wody, wapnem i clemastinem laekarka nie zalecila nic innego, obserwować i czekać aż przejdzie.

no to kur..  gryzę palce i czekam :(( 

Otagowane:  

Kiedy

Dodano 9 czerwca 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

-Młody za dziesięć ósma gubi śniadaniówę na trasie kuchnia pokój,

- mój R. dostaje porannego olśnienia i zamiast zbierać się do pracy zaczyna uporczywie grzebac przy odkurzaczu,

a na dokładkę za oknem od świtu dziarkso popierdziela pan z kosiarą 

wychodzi ze mnie potwór.

I mam ochotę. Ich wszystkich.  Tak gołymi rekami.

Podusiiiiiiiiiić!!!

 

Justyna podpadła juz wczoraj, równie spektakularnie, więc dziś dla równowagi z niczym się (jeszcze) nie wychyliła.

Miłego dnia, kurrna. Wszystkim.

 ;)

Otagowane:  

06. 06.

Dodano 6 czerwca 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

Imieniny miesiąca, oraz urodziny mojego R. :)

Imieniny z resztą też tyle, ze jutro :)

Dziś zwykły powszedni poniedziałek z trylionem spraw do odbębnienia, ale za to za godzinę, gdy wróci z pracy zaczajamy się na niego z  sernikiem i załącznikami :)  

Na szczęście udało mi się wrócić do względnej formy –   i tylko dla tego tak szybko, ze przez ostatnie kilka dni mój R.  na prawdę się starał by żadna robota mająca jakikolwiek  zwiazek ze schylaniem czy dżwiganiem nie wchodziła mi w łapy. 

Dziś Jego święto. A ja bym bardzo chciała umieć bardziej się pilnować i nie drzeć kopary bez powodu, nie wybuchać o pierdoły (bo i tak mi potem łyso) nie tylko dzisiaj, ale tak na co dzień.

Bo choć „facet idealny” nie istnieje, to jednak egzemplarz który mi się trafił  jest na swój sposób wyjątkowy. Sprawdzony na nie jednym polu walki, odpowiedzialny i wytrzymały :)

Oraz bardzo bardzo do mnie przystawalny :)

I nie potrafiłabym wyobrazić sobie koło siebie nikogo innego.

 

 

 

Wysmażyłam

Dodano 3 czerwca 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

sobie kurna  wziosłą notkę o marzeniach, to mnie zaraz proza zycia sprowadziła do poziomu gleby – i to jak dosłowniej!

po raz kolejny kręgosłup odmówił mi wpółpracy i to w takm stopniu, ze leżę i  kwiczę – i to nie jest niestety przenośnia ;/ 

Pan doktór zaordynowała kłucie tyłka, ( i to dwa zaszczory na raz, yyych..) leżenie na płask i zerową eksploatację.

W zwązku  z czym R. dostał na mnie opiekę i wogóle starają się bardzo wszyscy troje ale poziom chaosu jaki się przy tym wytwarza powoduje że chwllami mam ochotę uciec oknem :O 

Młody nieustannie się wyrywa by „pomasować mi plecki” (więc muszę być czujna;p ), Justyna udoskonala samoobsługę  a R. próbuje nadążyć za całokształtem wydarzeń ale widzę coraz większy obęd w jego oczach ;)

Już sam event pt. „wyprawienie dzieci do szkoły”  urasta do megaskomplikowanej – w dodatku na czas! akcji  tym bardziej kiedy ja biorę w niej udział tylko wskazującym palcem ;D  

Z resztą koleżanka iksińska  opisała to wyśmienicie – u nas wygląda to łudząco podobnie, tyle że w miejscu uciekającego autobusu występuje dowóz Młodej  :D 

 
Życzcie mi szybiego powrotu do pionu. Jakoś zdecydowanie wolę zajmowć się innymi niż gdy oni praktykują to na mnie!!!  

 

 

 

miałam taki plan,

Dodano 1 czerwca 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

ale nie udało mi się – wrzucić notki na okoliczność Dnia Matki.

Nie udało, bo – choć to pewnie tchnie strasznym narcyzmem i tanim melodramatyzmem  ale tak było na prawdę – przy każdym wejsciu na potrzeby tego wpisu do archiwum, prędzej czy później  zaczynałam ryczeć.

Nie to, że ze zruszenia nad własną tfurczością, nienie ;)

Ale faktem jest, ze bardzo ciężko jest mi wracać do tego co za nami.

Już  spory czas temu uzmysłowiłam sobie pewien dziwny proces. Zresztą, może tylko mnie wydaje się dziwny, może to normalne, zwykły mechanizm obronny by nie zwariować… 

Nie potrafię uwierzyć, ze to wszystko co było, zdarzyło nam się na prawdę. Albo może inaczej: wiem, że te wszystkie fakty miały miejsce, wszystkie dna, doły kryzysy i ściany. Równoczesnie jednak gdy patrzę dzisiaj na moje starsze dziecko nie mieści mi się to w głowie.

Jak by nie było,  co najmnej 85% bloga dedykowane jest Małej i o Niej traktuje. Fakt, teraz piszę o Niej dużo mniej, stała się jedną z równoprawnych postaci tego pamiętnicza ;p.

Jednak pierwsze lata bloga to nieustanne przynoszenie tutaj rozpaczy, lęku i schiz. Owszem sukcesów Małej również, ale nie czarujmy się dziegciu było znacznie więcej.

I mnie się to zwyczajnie po prostu nie mieści w głowie. Że z takiego zapętlenia, zagubienia, z tylu niemożności udało nam się wybronić.

Nie potrafię pojąć skąd czerpałam siłę, jak udało mi się nie stracić nadzieii. Paradoksalnie, wydaje mi się, ze dziś nie miałabym już tyle mocy w sobie. Choć jednocześnie wiem, ze te trzynaście z okładem lat  to najbogatszy w dorastanie czas. W uczenie się na czym polega d o r o s ł o ś ć , odpowiedzialność za życie – nie tylko własne.  

Czas – bardzo powolny twardnienia skorupy, nauki nie_cierpienia,

Nauki. zlewania zimnym sikiem bezdusznych uwag i  okrutnych śmiechów.

Chyba nigdy jeszcze  nie byłam tak wylajtowana w tej kwesti. jak teraz.

Co oczywiście nie znaczy, ze nie można mnie w temacie Małej zranić. 

Można, tylko trzeba duuużo bardziej się wysilić niż kiedyś.

Ale równocześnie ma  miejsce taka emocjonalna schizofrenia  -

czytam wpis, np. z sierpnia 2007 . i nie moge przestac płakać.

Moja dziecko przebyło kosmiczną drogę, jest teraz na tak nieprawdopodobnie innym etapie!

Czytając o tamtym czasie mam potworne wyparcie, to NIEMOŻLIWE że było aż tak ciężko.

Pewnie, ze to wszystko  pamiętam, jednak zostało to zepchnięte do tak odległych zakamarków  umysłu, ze dopiero przeczytanie konkretnego wpisu wywleka na wierzch dawne emocje.

Wiem, ze ten wpis wygląda trocę jak chaotyczny bełkot, ale co mi tam, jestem w końcu u siebie i mi wolno co nie? Mój cyrk moje małpy ;)

Tak więc, wracając do myśli przewodniej, wpisu dniomatkowego nie było, ale za to dziś mnie naszła grafomańska wena.

Dzień dziecka, ale  przewrotnie nie będzie o dzieciach ;) a przynajmniej nie do końca o moich.

Bo choć jestem wariacko szczęśliwa gdy patrzę na moję dwie sztuki (najlepiej śpiące;p I ta niezmienna wystająca spod kołdry rózowa pięta.. )  to dziś dzień dziecka dedykuję sobie.

Musiało minąć aż tyle lat, musiałam tak strasznie dorosnąć, tak boleśnie doświadczyć innego macierzyństwa by nabrać dystanstu. Do siebie, do dorosłości do wyborów, decyzji.

By dać sobie w reszcie prawo do bycia nie tylko nie_zawodnym dorosłym. Dziś zaczynam dopuszczać do głosu również własne „chcenia” i potrzeby. W końcu, powoli, dojrzałam do tego, że chcieć czegoś dla siebie to to żadne przestępstwo. Że moje wewnętrzne dziecko nadal ma się dobrze i cały czas czekało na dogodny moment by upomnieć się o  swoją porcję głasków. 

O to by spełnić sobie choć jedno z marzeń, tych prawdziwych co najcześciej wyglądają na niespełnialne.

Nie wiarygodne, ale nagle okazało się, że mam marzenia inne niż dotyczące zdrowia Małej.

I w dodatku potrafię już nie czuć się z tym jak przestepca.

Powiem jeszcze więcej – mam zamiar spełnić sobie przynajmniej jedno! :)

 

 

Pierwsz czerwca to również dzień urodzin mojej mamy.

 Mimo, ze wcale nie jesteśmy w takiej relacji i więzi jaka zawsze mi się na lini matka-córka marzyła, kocham ją bardzo. 

I dla mnie  1 czerwca to od zawsze Dzień Matki :) 

 

 

 

Było się chwalić?

Dodano 24 maja 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

Ledwo wyprodukowałam laurkę pod adresę syna to ten popsuł sobie notowania w popisowym stylu.

Znacie te specyficzne ciary na plecach gdy na wyświetlaczu komórki pojawia się nazwisko wychowawczyni waszego dziecka??

No.

To ja miałam właśnie (nie)przyjemność ich doznać w ostatni piątek.

A gdy do tego dodać, że pani Jerrego nie ma w zwyczaju wydzwaniać z byle pierdołą atmosera od razu robi się gęsta.

Odebrałam telefon pomiędzy pakowaniem zakupów a wstukiwaniem pinu na kartę i az dziwne że zamiast właściwych cyfr nie wcisnęłam trzech dziewiątek na terminalu. Na szczęście mój  stan przedzwałowy był przedwczesny. 

Okazało się że Młody ‚tylko” wszedł w wymianę zdań z użyciem siły fizycznej, za to ze swoim jednym z najlepszych kumpli.

Po nitce do kłębka okazało się, ze obaj panowie na skutek odmiennych poglądów na sprawę przeszli z argumentów słownych na manualne, na szczęście ze tak powiem staneło na daniu sobie po razie potem zdołano ich rozdzielić.

Do trwałych uszkodzeń ciała nie doszło, co oczywiście nie umniejsza faktu, że mocno to mną zatelepało. Jak do tej pory Mały nie miał na swoim koncie takiego dokonania i argument mat-ki po wielokroć usynowionej pt. „chłopaki się biją” mało mnie uspakaja:/

Młody niby zeznaje, ze on nie zaczął, on „tylko oddał” ale i tak ręce mi lekutko opadły.

A co najlepsze, wiecie o co poszło?

„bo on nie chciał powiedzieć PRAWDY!! – zeznało moje dziecko

Strach panie, z takim ekstremistą pod jednym dachem sypiać ;D

Nie obrażając niczyich poglądów – myślę sobie, ze moje radykalizujące dziecko mogło by spokojnie zostać maskotką klubową, ewentualnie honorowym członkiem pewnego ugrupowania politycznego ;p 

Wekend minął mi na wałkowaniu do znudzenia dlaczego nie wolno swoich prawd tudzież praw dochodzić ręcznie i barwnym roztaczaniu sankcji jakie za to będą przewidziane. 

Nie wiem, może za bardzo się nad tym rozwodzę ale mam lekkiego hyzia na punkcie zachowania Jerrego, bo  o ile pogodziłam się z faktem, ze mam dziecko z nad_ruchliwością i w kosmos_wystrzelonością, to z tym, że do kompletu jeszcze używa pięści nie potrafię się ogarnąć:/ 

Albo po prostu mam hyzia na puncie Młodego w ogóle, i dla tego przeżywam jak kura jajko.

No.

Nowy tydzień zaczeliśmy zaś od karkołomnego wyzwania pt. „jak dokonać zakupu nowych kasków rowerowych dla obojga ni urywając im wcześniej głów i nie uciekając z krzykiem ze sklepu”

Aaa!!

Po trylionie i warzylionie przymiarek udało się w końcu osiągnąć kompromis między gustami małoletenich a wydolnością karty płatniczej, pozostaje się tylko cieszyć że obwód głowy nie rośnie tak szybko jak włosy!!

Na koniec dnia Justyna strzeliła jeszcze tylko godzinną histeryjkę na okliczność zadania domowego („nie idę do szkoły bo nie umiem wiersza na szóstkę, tylko na czwórkę,  łaa, łaaAAAA!!!) i już mozna było się delektować wolnym wieczorem.

Dłuugim wieczorem jak widać po godzinie wpisu, no bo  jak tu iść spać kiedy zaraz po otwarciu ócz  nastąpi kolejny pełen atrakcji dzionek, no jak??

Otagowane:  

Blog

Dodano 19 maja 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

mi pajęczynami zarasta.

no nie mam melodii do pisania, nie i już:/

Coś mi się widzi, ze zmierzch bloga nadciąga nieubłaganie…

Teraz sobie kronikarsko zapiszę kilka zdarzeń bo mi znikną w niebycie ale takie wpisy to tylko dla mnie mają jakąś wartość. Pozostałym czytelnikom nijak i na nic się nie przydadzą ale jak kotoś ma mus i jeszcze tu zagląda to niech czyta ;)

W ubiegłym tygodniu Jerry  zajął pierwsze miejsce w międzyszkolnym konkursie co oczywista napawa mnie dziką dumą :D  

Nic to, że temat dla niego taki sobie (bezpieczeństwo i przepisy ruchu drogowego) cieszę się głównie z tego że Młody podszedł do sprawy ambitnie (chyba nawet za) i postawił sobie za cel zdobyć podium ;) Przez kilka dni  rył nosem w przepisach i w jeden wieczór nauczył się wszystkich 178 (!!) znaków na pamieć :) 

Justyna dla odmiany po pikniku w zprzyjaźnionym z jej szkołą liceum oświadczyła że ona che tam już i natychmiast! I czy nie dało by się jakoś skrócić nauki w gimnazjum bo w tamtej szkole jest dużo ciekawiej ;p

Z innego frontu – kończy tegoroczny kurs angielskiego i jak nic się nie zmieni to po wakacjac będzie się przygotowywać do zdawania FC – az sama nie wierzę w to co piszę! :) Chciałbym mieć taki spryt do języków obcych jak ma moje dziecko bo kompleksy na tym tle robią mi się co raz większe. Jednocześnie jestem bardzo wdzięczna jej szkole językowej za otwartość i brak uprzedzeń  - kiedy Mała zaczynała tam naukę telepało nią jeszcze mocno i mimo wszystko sporym wyzwaniem było prowadzenie z nią zajęć.

 
Tymczasem tiki siedzą nadal pod butem a Justynka jest dzięki temu zupełnie innym dzieckiem. Innym  w sensie pozytywnym oczywiście, innym niz wtedy gdy nękał ją przeklęty Turret.   

To co mnie jeszcze teraz czyma w lekkim napięciu to zabieg mojej Mamy – jak po raz kolejny nic niespodziewanego nie wyskoczy (a tffuuu!) to jutro będzie już po.

A tak z jeszcze innej beczki, wybieracie się Krakusy na jutrzejszą noc muzeów? 

My tym razem postawiliśmy na lokalne przybytki i po za Niu Hutę się nie ruszamy. Mamy w planie Ogród Doświadczeń, (to nic że po raz stopiędziesiątypiąty)  Muzeum Lotnictwa (takoż) i gwóźdź programu – zwłaszcza dla Młodej – Muzeum PRL-u.

Moje dziecko bowiem na swój specyficzny sposób jest zdeklarowanym fanem „moich czasów” i  z dziką euforią odlicza godziny do jutrzejszej wyprawy.
Kiedyś  nieopatrznie pokazałam jej stronę portalu Nostalgia no i Młoda przepadła na amen – zna KAŻDY link, oglądnęła wszystko co można było zobaczyć i niezmiennnie twierdzi że tamte bajki był fajniejsze ;)

Nic chyba więc teraz już  z siebie nie wycisnę.
Plany wakacyjne ewoluują nam niesłychanie i by wszystko dopiąć to i kwadratura koła nie wystarczy ale to już zdecydwoanie na osobny wpis.
Jak mi znowu zejdzie  tyle co ostatnio to będzie on w sam raz na czasie ;)

Otagowane:  

a dzisiaj…

Dodano 4 maja 2011, w Bez kategorii, przez agnieszek

- dom opustoszał, moja trójca rozeszła się do swoich obowiązków. Zostaliśmy ja i kot. Leczę ciszą zmęczone weekendowym nadmiarem bodźców synapsy i dopijam stygnąca kawę. 

- moja mama ma niefajne ale ważne badania więc trochę się martwię i nerwowo wyczekuję (oby tylko dobrych) wieści

- Mój R. pojechał w dość daleką drogę za chlebem, wraca jutro. Towarzyszę mu myślami i nieustanną obawą by sił i zdrowia mu na to wszystko starczyło…

- rano mijałam wystrojonych na galowo maturzystów i dopadł mnie przejmujący skowyt duszy. Czy Justynie będzie kiedyś dane? Co z tego, że wiem to nie jest najważniejsze. Głupie serce boli a oczy nagle pieką powstrzymywaną solą.

 
I tak wogóle nie wiem po co ta notka, Chyba by sobie upuścić żalów i strachów co dopadły mnie z samego rana… 

 

  • RSS